Miałbym pytanie zarówno dla zwolenników, jak i przeciwników języka Szekspira. Ci drudzy z pewnością zauważą, jak strona sto czterdziesta trzecia podręcznika Tomasza Szewca
Publicznoprawna ochrona informacji "skażona" została tym określeniem "
need to know". Chciałbym w związku z tym pocieszyć tych pierwszych, że określenie to pojawia się również w
UMOWIE między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Królestwa Norwegii o wzajemnej ochronie informacji niejawnych, podpisanej w Warszawie dnia 28 lutego 2007 r., i to w formie następującej.
7) "need-to-know" - oznacza, że informacje niejawne mogą być udostępniane tylko tym osobom, które posiadają potwierdzoną potrzebą uzyskania wiedzy na temat lub posiadania takich informacji w celu wykonania swoich zadań służbowych lub zawodowych;
http://www.lex.com.pl/serwis/du/2008/0132.htm
Nie znaczy to, że nie ma prób spolszczenia tego określenia. Przeciwnie, ostatnio miało to miejsce w przybliżonym polskiemu czytelnikowi dokumencie unijnym dotyczącym sieci ostrzegania o zagrożeniach dla infrastruktury krytycznej. Oto wersja angielska.
Users' rights to access documents shall be on a “need to know” basis and must at all times respect the author’s specific instructions on the protection and distribution of a document.
http://eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=COM:2008:0676...
A oto wersja polska.
Prawa użytkowników do dostępu do dokumentów są oparte na zasadzie „ścisłej potrzeby”, zaś szczegółowe instrukcje autora odnośnie do ochrony i przekazywania danego dokumentu muszą być ściśle przestrzegane.
http://eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=COM:2008:0676...
Nie sądzę, abym był odosobniony w twierdzeniu, że ten polski odpowiednik nie oddaje do końca poprawnie znaczenie tego angielskiego określenia. Czyż nie tak? Czy zatem lepiej jest w podobnych przypadkach silić się na polskie odpowiedniki, czy poprzestać na zdefiniowaniu obcojęzycznego określenia, tak jak to uczyniono w powyższej umowie?